Pokazywanie postów oznaczonych etykietą #OUN. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą #OUN. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 kwietnia 2020

16 kwietnia 1944r. 4 Pułk Policyjny SS sformowany z ukraińskich ochotników dywizji SS-Galizien dokonał masakry wsi Chodaczków Wielki (woj. tarnopolskie) zabijając 832 Polaków.


16 kwietnia 1944r. 4 Pułk Policyjny SS sformowany z ukraińskich ochotników dywizji SS-Galizien dokonał masakry wsi Chodaczków Wielki (woj. tarnopolskie) zabijając 832 Polaków.
Wieś Chodaczków przed wojną liczyła ponad 2800 mieszkańców, była jedną z największych na ziemi tarnopolskiej. Od 1943 roku funkcjonowała tam polska samoobrona mająca na celu obronę przed bandami UPA. W kwietniu 1944 front niemiecko-sowiecki zbliżył się w okolice Chodaczkowa. Wieś została zajęta ukraińskimi ochotnikami z 4. Pułku SS złożonej z Ukraińców. Pułk SS miał wesprzeć wojska niemieckie oblężone przez siły sowieckie w Tarnopolu.

Ukraińska policja po dotarciu do Chodaczkowa rozpoczęła podpalanie zabudowań i eksterminację mieszkańców wsi. Wiele ofiar zostało zagnanych do stodół i spalonych, do domów wrzucano granaty, osoby uciekające były rozstrzeliwane. Wiele osób zginęło też w wyniku wyrafinowanych mąk ze strony czerni. Źródła podają, że zginęło od 250 do 862 osób. Ofiary pochowano we wspólnej mogile przy ruinach kościoła rzymsko-katolickiego.
                                           ⬇️
http://www.studiowschod.pl/rocznica-zbrodni-w-chodaczowie-wielkim-eksterminacja-wsi-kosztowala-zycie-kilkuset-polakow/
                  Mija kolejna rocznica.
[...]
jesteśmy mimo wszystko
stróżami naszych braci
niewiedza o zaginionych
podważa realność świata
[…]
musimy zatem wiedzieć
policzyć dokładnie
zawołać po imieniu
opatrzyć na drogę
                                           ⬇️
https://prawy.pl/101700-setki-zamordowanych-polakow-mija-kolejna-rocznica-niemiecko-ukrainskiej-zbrodni-w-chodaczkowie-wielkim/
Zdj.(u góry) Krzyż na symbolicznej mogile pomordowanych Polaków ze wsi Chodaczków Wielki znajdujący się na cmentarzu parafialnym w Gajkowie, pow. Oława, woj. dolnośląskie / stowarzyszenie suozun.
Poniżej pomordowani przez ukraińskich zbrodniarzy.

środa, 8 kwietnia 2020

9 kwietnia 1944r. Ukraińcy dokonali zbrodni na 43 polskich mieszkańcach wsi Tomaszowce w powiecie kałuskim.


Tomaszowce były wsią po połowie zamieszkaną przez Polaków i Ukraińców. Według wspomnień zebranych przez Stowarzyszenie Upamiętniania Ofiar Zbrodni Ukraińskich Nacjonalistów od 1943 zaczęły narastać ataki nacjonalistów ukraińskich na tutejszych Polaków. Wiosną 1943 spalono kilka polskich domów i zamordowano kilka osób. Wkrótce potem powtórzył się podobny napad. Podobne ataki zdarzały się w sąsiednich wsiach. Okoliczności te zmusiły Polaków z Tomaszowiec do nocowania w różnych kryjówkach i schronach, a także u przychylnych im Ukraińców.
9 kwietnia 1944 (Wielkanoc) o godzinie 21. na polską część Tomaszowiec napadła sotnia UPA „Hajdamaki” wraz z lokalną bojówką OUN-B. Był to element szerzej zakrojonej akcji; w tym samym czasie zaatakowano m.in. wsie Dołha Wojniłowska, Pniaki i Sokołów. Napastnicy palili polskie domy i zabijali napotkanych Polaków. Nad niektórymi ofiarami pastwiono się – członkom rodziny Krasuckich poobcinano kończyny, piersi i genitalia. Część ofiar spłonęła żywcem. Spalono 300 gospodarstw, według raportu Okręgowej Delegatury Rządu zabito 43 osoby.

Według wspomnień świadków, już po tym ataku na konwój Polaków ewakuujących się z Tomaszowiec, Dąbrowy i Niegowców do Kałusza, ochraniany przez żołnierzy węgierskich i niemieckich, napadł oddział ukraińskich nacjonalistów. Pomimo obrony, napastnikom udało się zabić kilkunastu Polaków, zniszczyć kilka wozów i zabrać przewożone mienie. Także w Kałuszu uchodźcy nie byli bezpieczni – podczas ataku UPA na przedmieścia zginęło 18 osób, w tym dwie osoby z Tomaszowiec.

Sz. Siekierka, H. Komański i E. Różański podają nazwiska 95 mieszkańców Tomaszowiec, którzy stracili życie z rąk ukraińskich nacjonalistów. Fakt zbrodni w Tomaszowcach potwierdza śledztwo IPN (sygn. akt S 10/01/Zi)
Zdj. Tablica Pomnika ofiar zbrodni dokonanej na obywatelach polskich przez OUN-UPA wymieniająca Tomaszowce.

wtorek, 7 kwietnia 2020

8 kwietnia 1943r. w kolonii Brzezina w powiecie Sarny Ukraińcy zamordowali około 130 Polaków.


O świcie 8 kwietnia 1943 roku (mówi się także o 7 kwietnia), gdy Polacy powychodzili z kryjówek, kolonię zaatakowało silne zgrupowanie UPA, które w nocy otoczyło miejscowość, wsparte przez ludność ukraińską ze wsi Hranie i Tryputnie. Słaba smoobrona nie zdołała stawić oporu. Zabudowania kryte strzechą zapaliły się od ostrzału amunicją zapalającą. Polaków mordowano bez względu na płeć i wiek za pomocą broni białej (siekiery, widły, noże, bagnety), do uciekających strzelano. Niektóre ofiary torturowano przed śmiercią. Zabito około 130 osób, 15 było rannych, 20 osób zdołało zbiec. Jedną z rannych była Ukrainka mieszkająca w Brzezinie, która otrzymała 9 pchnięć nożem, omyłkowo wzięta za Polkę.
Zabudowania wsi zostały doszczętnie spalone.

Większość ofiar pochowano następnego dnia w zbiorowej mogile obok budynku szkoły. Ocalałych zabrał do Włodzimierca oddział złożony z około 15 uzbrojonych Polaków.

ZBRODNIA W BRZEZINIE RELACJA STANISŁAWA ŻARCZYŃSKIEGO.
W kolonii Brzezina mieliśmy jako sąsiadów dwie wielodzietne rodziny Miszkiewiczów. Byli to: Lucjan Miszkiewicz  z żoną i gromadką dzieci oraz Piotr Miszkiewicz z żoną i czterema pociechami, z którymi się czasem bawiliśmy.
Do Brzeziny dochodziły informacje o zbrodniach i napadach, jakich Ukraińcy dopuszczali się na Polakach w różnych miejscach Wołynia. Nadeszła już wiosna 1943 r. i mimo zagrożenia trzeba było zacząć uprawę ziemi. 
Rankiem 8 kwietnia 1943 r. ojciec Michał i pracujący u nas Kazimierz udali się w pole orać ziemię. Przed odjazdem Tatuś polecił mi, abym wkrótce przyniósł im siekierę, bowiem zamierzał wyciąć przeszkadzające w pracach drzewo. Po upływie pewnego czasu wziąłem siekierę i udałem się w pole, a jak niosłem ją, to na skraju lasu spotkałem banderowca. Stał za drzewem z karabinem i spytał mnie ostro, gdzie idę z siekierą? Przestraszyłem się,  ale powiedziałem, że do domu i zaraz pobiegłem z powrotem w kierunku gospodarstwa. Gdy wbiegłem do mieszkania padły strzały, a dachy na domu i budynkach gospodarczych natychmiast zapaliły się. Mamusia i siostry wybiegły z domu na podwórko, w pierwszym odruchu, aby ratować inwentarz z płonącej obory.
Padły kolejne strzały, Mamusia upadła, ale jeszcze powiedziała do nas: uciekajcie dzieci, gdzie możecie! Przy bramie w kałuży krwi leżała także siostra Aniela. 
Ojciec później nam mówił, że Stanisława została zabita kłonicą od woza, bo miała siną twarz, a kłonica leżała obok niej. Ukraińcy mordowali mieszkańców Brzeziny tym, co mieli pod ręką, oprócz 
broni palnej siekierami, widłami i nożami. Spalili też wszystkie zabudowania.
Z  literatury wynika, że w Brzezinie upowcy  zamordowali około 130 Polaków w różnym wieku, zapewne wszystkich, którzy  nie zdążyli uciec, w tym dzieci i kobiety.
Nie można tego nazwać inaczej niż 
ludobójstwo!
Ja z Bronisławą uciekłem w krzaki
rosnące przy stawie przyległym do podwórza, a stąd do pobliskiego lasu. Siostra Hania także ukryła się w zaroślach.
Ojciec z Kazikiem, którzy orali ziemię,
zostawili konie i również schronili się w
lesie. Wkrótce w nieznanych mi okolicznościach zaginęła Bronisława i dopiero po wojnie okazało się, że poszła wtedy  do wsi Wydymer, gdzie mieliśmy rodzinę.  My jednak nie znając jej miejsca pobytu  przypuszczaliśmy, że zginęła. Wydymer  w późniejszym czasie został także spalony, ale siostra uratowała się i pojechała  na roboty do Niemiec. Dopiero po wojnie  została odnaleziona dzięki Czerwonemu  Krzyżowi.
Tatuś opowiadał, że przez cały tydzień z Kazikiem i ludźmi, którzy uciekli
z Brzeziny do lasu, grzebali pomordowanych. Przenieśli ich ciała i pochowali je, większość we wspólnej mogile koło  szkoły. Przy drodze, koło naszego domu  stał krzyż, tuż przy nim, w sąsiedztwie  zgliszcz gospodarstwa, pochowali moją  Mamusię oraz siostry Anielę i Stanisławę. 
NASZE LOSY PO SPALENIU
KOLONII BRZEZINA .
Po pochowaniu zamordowanych
mieszkańców Brzeziny mój ojciec Michał
ze mną i Hanią przeniósł się do Czajkowa.
Zatrzymaliśmy się tu u mojej najstarszej
siostry Janiny, będącej żoną osadnika
Wierzchonia. Nie pamiętam, aby mieli oni
dzieci, a ich późniejsze losy pozostają mi
nieznane. W Czajkowie u Wierzchoniów
przebywaliśmy około sześciu tygodni, tj.
do czasu, gdy ojciec zachorował na tyfus. Konieczne było przewiezienie go do
szpitala we Włodzimiercu. Ja i Hania odwiedzaliśmy go w szpitalu, przychodząc
tam ze wsi Prurwa. W tym czasie, bowiem
korzystaliśmy już z gościnności Leontyny Jarosiewicz – siostry mojego ojca,
mieszkającej z córką i jej drugim mężem
Michałem Jarosiewiczem. Pierwszy mąż
Bielawski, którego imienia nie pamiętam,
od dłuższego czasu już nie żył. Kiedy stan
zdrowia Taty poprawił się i mógł opuścić
szpital, także zamieszkał z nami w Prurwie.
W dniu 30 lipca 1943 r. na Prurwę napadli upowcy, ale miejscowa samoobrona nie dała się zaskoczyć. Przypominam
sobie, że wtedy strzelano przez całą noc,
płonął też budynek stodoły w pobliżu
schronu, w którym ukrywałem się wraz z
innymi uchodźcami. Po pewnym czasie
przyjechali Niemcy i ewakuowali Polaków do Włodzimierca. Większość dorosłych uchodźców chcąć uniknąć śmierci z
rąk nacjonalistów ukraińskich, a do tego
przekonywana przez hitlerowców, że to
jedyny sposób na przeżycie wojny, wyjechała na roboty do Niemiec. W ten sposób
postąpiła Leontyna z mężem Michałem i
córką z pierwszego związku, która jednak
tam zmarła. Po wojnie Jarosiewiczowie
przybyli na ziemie odzyskane i otrzymali
gospodarstwo w Nowej Wsi Złotoryjskiej,
powiat legnicki. Urodziła im się córka
Marysia, która zmarła w latach 80. na
chorobę nowotworową i została pochowana na cmentarzu w Gdyni. W latach 60-tych Jarosiewiczowie sprzedali gospodarstwo i  zamieszkali w Kwidzynie, a obecnie spoczywają na tamtejszym cmentarzu.
Ojciec wraz ze mną i Hanią podążył
z polskimi uchodźcami oraz partyzantami
ze samoobrony do wsi Huta Sopaczewska.
Plagą wśród uciekinierów był tyfus, na
który zmarło wielu z nich, bowiem leki
były bardzo trudno dostępne. Walki z bandami UPA ogarnęły także Hutę Sopaczewską i okolice. Z tego okresu przypomniam sobie samolot – niemiecki bądź sowiecki,  który krążąc nad lasem ostrzeliwał uciekających ludzi. Dalsza tułaczka prowadziła w lasy Polesia na Białorusi, gdzie spędziliśmy zimę we wsi Nihowyszcze nad  rozlewiskami rzeki Prypeć. W tej okolicy  oprócz Polaków często widywałem partyzantów polskich i sowieckich. Następnie 
ojciec przybył do wsi Paulinowo znajdującej się także na Białorusi, gdzie zastało nas wyzwolenie spod okupacji niemieckiej i początek władzy sowieckiej. Z Janowa Poleskiego (obecnie miasto Iwanowo – Białoruś) dostał ojciec dokumenty ewakuacyjne do Polski, jako repatriant  ze wschodu. Wkrótce przez Brześć przyjechaliśmy na ziemie rdzennie polskie i  wysiedliśmy w pobliżu Łowicza. Po dwuletnim pobycie w Józefowie koło Rogowa, w 1947 r. ojciec otrzymał z Urzędu  Ziemskiego w Brzezinach przydział na 
poniemieckie gospodarstwo rolne we wsi
Popielawy.
Stanisław Żarczyński
Popielawy, Polska.
Przypisy:
Opowieść Ojca opracował syn – Andrzej Żarczyński.
Zdjęcie tablica pomnika ofiar zbrodni dokonanej na obywatelach polskich przez Ukraińców, OUN-UPA wymieniająca Brzezinę.
 http://wolyn.ovh.org/opisy/brzezina-
_w-09.html
Władysław Siemaszko, Ewa Siemaszko, Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej
Wołynia 1939-1945, Tom I, Wydawnictwo von borowiecky, Warszawa 2008,
ISBN 978-83-60748-01-5, ss. 797-798.

niedziela, 5 kwietnia 2020

Tablica upamiętniająca wymieniająca wieś Mosberg (od 1939r Stanisławówka) w której w nocy z 6 na 7 kwietnia i 21 kwietnia 1944 r. Ukraińcy zamordowali łącznie 205 Polaków.


W nocy z 6 na 7 kwietnia 1944 r. We wsi Moosberg, (od 1939 Stanisławówka) pow. Jaworów UPA wymordowała ponad 30 rodzin polskich liczących około 160 osób oraz uprowadzili 25 osób, po których ślad zaginął.
 Natomiast 21 kwietnia ich ofiarą padło jeszcze 20 osób – łącznie 205 Polaków (Siekierka..., s. 347 – 348; lwowskie).
“6 kwietnia 1944 roku, w Wielki Czwartek, poszedłem spać do swojej kryjówki na strychu, a żona z dziećmi i młodszymi siostrami pozostała w mieszkaniu. Od dłuższego czasu do mojego domu przychodził dość często policjant ukraiński z miejscowego posterunku. Wizyty miały charakter towarzyski, a nawet przyjacielski. Polubiłem go, uwierzyłem w jego przyjacielski stosunek do mnie. Łączyły nas wspólne zainteresowania. Gdy zapadła owa tragiczna noc czwartkowa, ktoś nagle energicznie zapukał do drzwi wejściowych. Moja żona podeszła do drzwi i zapytała: „kto puka?”. Usłyszała znajomy głos tego policjanta. Otworzyła mu bez wahania i zapytała co się stało, że tak późno przychodzi. W odpowiedzi otrzymała uderzenie kolbą karabinu i upadła zemdlona. Potem policjant dobił ją strzałem z karabinu. Mój 5-letni syn przestraszony tym widokiem schował się niepostrzeżenie za tapczan i on był świadkiem tej krwawej sceny. Policjant, za którym weszło do mieszkania dwóch lub trzech morderców, rozkazał pozostałym osobom, to jest Marii, Krystynie i dwójce dzieci ustawić się w rzędzie. Mój trzyletni syn zwrócił się do policjanta: „Jeśli pan chce pieniędzy, to ja panu je dam” i wyjął z kieszeni złotówkę. Wówczas jeden z oprawców porwał dziecko za nogi i roztrzaskał mu główkę o ścianę. Następnie inni zastrzelili obie młodsze siostry mojej żony i moją 6-letnią córeczkę. Po zabójstwie mordercy dokonali w mieszkaniu rabunku. Po jakimś czasie moja córeczka oprzytomniała po otrzymanym postrzale i zaczęła płakać prosząc o picie. Wtedy wpadł do pokoju ów policjant i widząc, że dziecko żyje, dobił je bagnetem” (Józef Korostyński; w: Siekierka..., s. 358 – 359; lwowskie).

sobota, 4 kwietnia 2020

6 kwietnia 1944 r. we wsi Worochta pow. Sokal Ukraińcy z UPA, oraz miejscowi Ukraińcy zamordowali 46 Polaków od 1 roku życia do 82 lat

6 kwietnia 1944 r. we wsi Worochta pow. Sokal Ukraińcy z UPA, oraz miejscowi Ukraińcy (m.in. Saneckyj i Kruk) zamordowali 46 Polaków od 1 roku życia do 82 lat - dwa doły z ich zwłokami znajdują się kilkanaście metrów od granicy polsko-ukraińskiej po stronie ukraińskiej, obok słupa granicznego Nr 747.
 „W Wielki Piątek 6 kwietnia 1944 r. grupa ukraińskich nacjonalistów napadła na wieś Worochta. W miejscowym folwarku zastrzelonych zostało co najmniej 30 Polaków. Po egzekucji ich ciała zepchnięte zostały do przygotowanego wcześniej dołu.  Zdaniem świadków najmłodsza ofiara miała zaledwie roczek. 
Ukraińcy spędzili wszystkich do jednego domu – opowiada 71-letnia Helena Górnicka, była mieszkanka Worochty, która obecnie mieszka w Machnówku. – Nam w ostatniej chwili udało się uciec.
Tego szczęścia nie mieli jej dziadkowie Franciszka i Eliasz Skopik, banda UPA zamordowała także czworo ich dzieci.

– Moi wujkowie i ciocie: Władysław, Michał, Katarzyna, Anna – wylicza pani Helena. – Młodych zabili niedaleko folwarku, starszych przy fosie, gdzie zakopywano zdechłe zwierzęta. Niektórych żywcem pogrzebano, bo ziemia przez trzy dni się ruszała…
W kilka miesięcy później ich mogiła znalazła się w pasie granicznym.
Część ofiar pochowano też w pobliskim Tarnoszynie (w czasie wojny mordów w tej wsi dokonywali funkcjonariusze ukraińskiej policji i członkowie UPA). 
Jak ustalił IPN, za współudział w dokonaniu zbrodni w Tarnoszynie skazany został w październiku 1978 r. przez zamojski sąd na karę śmierci Iwan M. vel Jan Maslij. Śledztwo w sprawie zbrodni w Worochcie prowadzi pion śledczy IPN. „W toku śledztwa zgromadzono materiał dowodowy dotyczący pacyfikacji wsi Worochta, która miała miejsce w dniu 6 kwietnia 1944 roku. Sprawcy zbrodni między innymi zastrzelili kilkadziesiąt osób, których ciała wrzucano do uprzednio przygotowanego dołu" – opisuje nam Dorota Cebrat, naczelnik pionu śledczego wrocławskiego oddziału IPN” .(Marek Kozubal: Doły śmierci na polskiej granicy; 27.02.2016; w: https://www.rp.pl/Historia/302279988-Doly-smierci-na-polskiej-granicy.html

Fot.Worochta. Krzyż na zbiorowej mogile Polskich mieszkańców wsi zamordowanych 06.04.1944 r. przez OUN-UPA.

środa, 11 marca 2020

12 marca 1944r. w Palikrowach w powiecie Brody ukraińscy nacjonaliści zamordowali około 360 osób narodowości polskiej.

12 marca 1944r. w Palikrowach w powiecie Brody ukraińscy nacjonaliści zamordowali około 360 osób narodowości polskiej.
W 1944 Palikrowy liczyły 1884 mieszkańców (360 zagród). 70% ludności stanowili Polacy, we wsi znajdowało się także kilkanaście rodzin uciekinierów z rzezi wołyńskiej.

12 marca w okolice Podkamienia przybył pododdział 4 pułku policyjnego SS wraz z bojówkami UPA i SKW. Część sił wzięła udział w szturmie na klasztor w Podkamieniu i wymordowaniu ukrywających się tam osób (w tym części mieszkańców Palikrów). Pozostała grupa napastników otoczyła Palikrowy. Po ostrzelaniu, wieś została zajęta przez Ukraińców. Na łące zebrano mieszkańców. Po oddzieleniu i wypuszczeniu Ukraińców, wszyscy Polacy zostali rozstrzelani z ciężkich karabinów maszynowych. Ocalało zaledwie kilka rannych osób.

Po egzekucji polskie domy zostały spalone wraz z dobytkiem, którego część została wywieziona przez napastników. Odnalezieni w kryjówkach Polacy zostali zamordowani. Ustalono 265 nazwisk ofiar z łącznej liczby 365 zabitych.

Na miejscu zbiorowej mogiły postawiono krzyż, z napisem w języku ukraińskim: W tym miejscu 12 marca 1944 roku zostało rozstrzelanych 365 mieszkańców Palikrów. Wieczna im pamięć.

czwartek, 6 lutego 2020

W nocy z 7 na 8 lutego 1943 roku w folwarku (majątku) Butejki pow. Kostopol zamordowana została przez bandytów ukraińskich rodzina zarządcy.

                 
W nocy z 7 na 8 lutego 1943 roku w folwarku (majątku) Butejki pow. Kostopol zamordowana została przez bandytów ukraińskich rodzina zarządcy: 52-letni Eugeniusz Sokołowski, jego 51-letnia żona Zofia, ich 24-letnia córka Maria Bratkowska i 3-letni syn Andrzej, a także 23-letni księgowy folwarku Edward Kałus i jego 20-letnia narzeczona Eugenia Jacewiczowa. Wszyscy zabici zostali w sadystyczny sposób przy pomocy siekier, ofiary miały ręce związane drutem do tyłu. Córce zarządcy, będącej w ostatnim miesiącu ciąży rozcięli brzuch tak, że widoczne było nienarodzone dziecko. Wśród morderców byli znajomi Edwarda Kałusa. Folwark został dokładnie obrabowany.

sobota, 29 czerwca 2019

W nocy z 2 na 3 czerwca 1944 r. we wsi Brzeziec pow. Rudki Ukraińcy banderowcy spalili 12 gospodarstw polskich i zamordowali 10 Polaków.


W nocy z 2 na 3 czerwca 1944 r. we wsi Brzeziec pow. Rudki Ukraińcy banderowcy spalili 12 gospodarstw polskich i zamordowali 10 Polaków.
We wsi Rumno pow. Rudki Ukraińcy z OUN-UPA z sąsiednich wsi obrabowali i spalili gospodarstwa polskie oraz za pomocą siekier, noży i bagnetów zamordowali 40 Polaków i 1 Żyda. „Drapała Zofia, lat 25, torturowana, obcięto jej język i piersi. Tak samo Wandycz Anna, lat 23. Wandycz Zofia, lat 25, miała zmasakrowane piersi. Maria Wandycz, lat 9, wycięli serce i położyli obok ciała. Pater Józefa, 21 lat, postrzelona, oblana benzyną i żywcem spalona. Puńczyszyn Maria, 6 lat, rozpruto brzuszek nożem, skonała w męczarniach. Kasprzyczak Katarzyna, 30 lat, zarąbana siekierą. Kasprzyczak Antoni, 2 lata, syn Katarzyny, obuchem siekiery roztrzaskano mu głowę. Dżugaj Maria, 57 lat, ogłuszona obuchem siekiery i wrzucona do ognia spłonęła żywcem” (Siekierka..., s. 831, 844; lwowskie). „Leżeli w kole, wydeptanym końskimi kopytami, zakrwawieni i ubłoceni, zmasakrowani. Byli to: Katarzyna Wandycz, moja ciotka, ze zmasakrowaną twarzą, ze zwisającym z ust wyciętym językiem, zakrwawioną głową; Marysia Wandycz, jej córka, w piersiach miała wielką dziurę, a obok leżało wyrwane z jej piersi, serce. Anna Wandycz, druga córka (23 lata), z rozpołowioną głową, z rozbryzganymi kawałkami bielącego się mózgu i dużą ilością krwi na całym ciele; następnie córka, Zofia Drapała z d. Wandycz, miała bardzo zmasakrowane piersi i dziury w brzuchu. Michał Wandycz, starszy ode mnie o 2 lata, miał zmiażdżoną głowę, z dwoma dziurami w skroniach” (Antoni Gąsior; w: Siekierka..., s. 844 – 845; lwowskie). „Marysia (lat 4) z rozprutym brzuszkiem – przez kilka godzin przywoływała pomoc mamy, która już nie żyła, dwuletni Antoś, przeszyty bagnetem do łóżka, konając, kwilił jak jaskółcze pisklę. Stojąc, płakaliśmy razem z innymi” (Siekierka..., s. 883; lwowskie). „Do Polaków docierały wieści, że centrum dowodzenia UPA terenowej organizacji banderowskiej była miejscowa cerkiew grekokatolicka. Kazania ukraińskiego popa były wyraźnie antypolskie. Nawoływał on: „już czas rozprawić się z Polaczkami. Już czas wziąć w ręce topory i wyciąć w pień wszystkich tych, którzy są wrogami samostijnej Ukrainy!”. Słowa ukraińskiego popa trafiały na podatny grunt, którym była głownie młodzież ukraińska” (Tadeusz Pańczyszyn; w: Siekierka..., s. 866; lwowskie).

#ToMyjesteśmyPamięcią #PlomienBraterstwa #ПолумяБратерства #NeverAgain #WeRememberTheFact #ПамятаємоПравду #Reparacje #UkrainianReparationsForPoland #Odszkodowania #CzasZapłatyZaRzeź !!! #Polishholokaust #WW2 #WorldWarTwo #Wołyń #Kresy #UkrainianMurdered #OUN #UPA #UA #Ludobójstwo #Genocidum #Genocide #GenocidumAtrox #UkrainianCrimes #UkrainskieZbrodnie

2 czerwca 1943 r. we wsi Hurby pow. Zdołbunów upowcy oraz chłopi ukraińscy z sąsiednich wsi otoczyli wieś i ze szczególnym okrucieństwem dokonali rzezi około 250 Polaków.

2 czerwca 1943 r. we wsi Hurby pow. Zdołbunów upowcy oraz chłopi ukraińscy z sąsiednich wsi otoczyli wieś i ze szczególnym okrucieństwem dokonali rzezi około 250 Polaków. Bandytów było około tysiąca. Mordowali za pomocą siekier i noży. Zabijanych poddawano nieludzkim torturom, kobiety gwałcono przed zamordowaniem. Uratowanym świadkiem zbrodni jest Irena Gajowczyk, wówczas sześcioletnia Irenka Ostaszewska, która po latach odważyła się o niej opowiedzieć: „Uszliśmy może ze 150 metrów, kiedy Mama zauważyła kilku młodych mężczyzn wychodzących z lasu. Każdy miał w ręku siekierę. Mama zaczęła krzyczeć przeraźliwie, abyśmy się chowali. Rozbiegliśmy się wszyscy w zboże na tyle już duże, że pozwalało nam ukryć się. Brat Marcel z siostrą Stasią odbiegł od nas, siostrę Lodzię pociągnęła za sobą jedna z naszych sąsiadek, a ja zostałam z Mamą. Rozpoczęła się rzeź. Banderowcy uderzali na oślep siekierami i nożami kogo dopadli. Kilku z nich nadjechało na koniach i tratując w poszukiwaniu ofiar zboże - mordowali znalezionych. Kilku banderowców podbiegło do mojej mamy i jeden z nich uderzył ją w głowę siekierą. Mama upadła i wypuściła z rąk brata Tadzia, a ja z przerażenia krzyczałam. Na całym polu był ogromny wrzask i lament, ludzie błagali swoich oprawców o darowanie życia, no bo przecież ich znali. Oprawcy byli jednak bezwzględni. Mama czołgając się, przygarnęła do siebie płaczącego Tadzia i zakrwawionemu dała pierś. Po niedługiej chwili banderowcy ponownie dobiegli do mojej Mamy i podcięli jej gardło. Jeszcze żyła kiedy zdarli z niej szaty i poodcinali piersi. Ja leżałam przytulona do ziemi, chyba ze strachu nawet nie oddychałam. Mama i Tadzio strasznie się męczyli, Mama powyrywała sobie długie włosy z głowy, była strasznie zmieniona, bałam się jej, prosiła o wodę. Jak trochę się uspokoiło pobiegłam na nasz ogród i na listku kapusty przyniosłam trochę wody, ale nie podałam bo już nie jęczała i bałam się jej. W pewnym momencie zobaczyłam straszny ogień i wycie zwierząt, to paliły się nasze zabudowania, bydło i konie chodziły po ogrodzie, a trzoda i drób paliły się razem z budynkami. Przerażona przesiedziałam do rana przy zwłokach Mamy i brata. Zobaczyłam też inne trupy, bardzo się bałam, było mi zimno, byłam tylko w koszulce. /.../ Ojciec pogrzebał Mamę, dwóch braci i sąsiada w naszym ogrodzie. Mężczyźni połapali swoje konie, było tez kilka wozów i bryczek, które się nie spaliły i zaczęliśmy się szykować do ucieczki, do Mizocza. Na naszym dużym wozie jechał Ojciec, Lodzia, opatulona ranna Stasia, oraz sąsiadka Wasylkowska z dziećmi. Wyjechało kilka furmanek w godzinach wczesnego popołudnia. Ojciec ciągle nas uspokajał, abyśmy nie płakały bo w lesie mogą być banderowcy. Po przebyciu przez nas kilku kilometrów, leśną drogę zastąpili banderowcy krzycząc: "Siuda jidut Lachy". Padły strzały, Tatuś krzyknął abyśmy uciekały, lecz sam nie mógł zejść z wozu, był chyba ranny. Wszyscy rozbiegli się po lesie, ja też usiłowałam biec za siostrą Lodzią i innymi ludźmi, ciągle płacząc i potykając się o gałęzie, które były zbyt duże (a może ja byłam zbyt mała), aby podołać w przerażeniu walce o ocalenie. Zgubiłam uciekających ale w zasięgu moich oczu były wozy z końmi, do których zbiegli się banderowcy, i ja pobiegłam do Tatusia i widziałam, jak go strasznie bili, a ja stałam przy krzaku i niemiłosiernie krzyczałam. Widziałam jak naszej sąsiadce Wasylkowskiej odrąbywali na pieńku głowę. Mój krzyk był tak przerażający, że jeden z banderowców podbiegł do mnie i z rozmachem wbił mi nóż troszeczkę poniżej gardła, a ja dalej krzyczałam i ze strachu nie mogłam się ruszyć z miejsca. Banderowcy byli zajęci mężczyznami i dobytkiem, krzyczeli po imieniu do Ojca, Ojciec też po imieniu błagał Iwana, aby darował mu życie. Ja też znałam tego Iwana, bo ciągle przychodził do naszego Tatusia jako przyjaciel. Ojca bili po głowie i twarzy, zdarli z niego ubranie, a kiedy mnie po raz drugi ujrzeli, postanowili skończyć ze mną raniąc prawą dłoń nożem i przebijając ją na wylot, a lewą rękę raniąc przed łokciem dwa razy. Upadłam. Jeden z banderowców chwycił mnie za skórę na plecach, tak jak się łapie kota, i tyle ile miał w garści odciął nożem, potem jeszcze dwa razy ugodził mnie nożem w łopatki i wrzucił w ogromny kopiec mrówek. Chyba straciłam przytomność, jak się ocknęłam był dzień, bardzo byłam obolała, a mrówki tak mnie pogryzły, że byłam bardzo opuchnięta a mrówki były w buzi, w nosie i w tych okropnych ranach. Wyczołgałam się z tego mrowiska, chciało mi się pić. Czołgając się zrywałam zielone jeszcze jagody i tak doczołgałam się do drogi i z przerażeniem zobaczyłam obdartego ze skóry, przywiązanego do drzewa człowieka, a to był mój Ojciec. Odrąbana, i leżąca obok głowa sąsiadki Wasylkowskiej pokryta była mrówkami. Po jakimś czasie usłyszałam nadjeżdżające furmanki, bałam się, ale nie miałam siły aby się ukryć. Leżałam przy drodze. Pamiętam jak podniósł mnie żołnierz (niemiecki) a ja prosiłam, żeby mnie nie zabijał. Coś mówił, ale nie rozumiałam. Po chwili zobaczyłam przy mnie mojego wujka Aleksandra Warnawskiego, który tłumaczył Niemcom, że mnie zna, bo wcześniej poznali na drzewie mojego Ojca. Niemcy zaopiekowali się mną układając na wozie i pojąc bardzo słodką kawą, której smak będę pamiętać zawsze. Opowiadano mi, że mieszkańcy którzy się uratowali, uciekli do Mizocza i po trzech dniach wraz z wojskiem niemieckim, postanowili pojechać do Hurby aby zobaczyć co tam się stało. Tak więc się okazało, że przeleżałam w lesie trzy doby. Na miejscu w Hurbach odnalazła się moja siostra Lodzia, której udało się uciec z lasu. Muszę dodać, że nikt nie zabierał pomordowanych, nie było jak i nie było czasu. Niemcy wyznaczyli bardzo mało czasu na pobyt w naszej wiosce w obawie przed banderowcami. Zwłoki wielu mieszkańców Hurbów były przez Ukraińców ponownie wygrzebane i porozrzucane po polach i ogrodach. Wujek Aleksander Warnawski był mężem siostry mojego Ojca. Mnie i siostrę Lodzię wzięli na wychowanie, ja trafiłam do niemieckiego szpitala w Mizoczu. Długo się leczyłam, rany bardzo ropiały. Mam siedem blizn na ciele, które z biegiem lat przestały mi przeszkadzać, jednak okaleczona psychika daje mi znać o sobie przez całe życie.” (Irena Gajowczyk z d. Ostaszewska; w: "Głos Kresowian" - nr 11, maj-czerwiec 2003; za: http://www.nawolyniu.pl/wspomnienia/ocalic.htm ). „Na 3 dzień (5 czerwca 1943 r. ) po dokonaniu morderstwa przez Ukraińców byłem w tej wsi. Już 6 km przed Hurbami, we wsi Czerniawa (gm. Buderaż) natrafiliśmy na rannego Wereszczyńskiego – przestrzelona klatka piersiowa (wyleczony, zamordowany potem w Mizoczu). Dalej, 4 km przed Hurbami, na początku lasu, pośrodku drogi leżał zamordowany Jan Ostaszewski – połamane ręce, połamane kości klatki piersiowej, obok kilkanaście metrów w lesie w mrowisku córka Jana Ostaszewskiego, 6-letnia Irka – 7 ran kłutych, na plecach wycięty kawałek skóry – żyje, mieszka na Śląsku. Jak się później okazało, Ostaszewscy jechali wozem, i na wozie była młodsza córka Stasia poraniona w czasie napadu na Hurby – miała obciętą skórę na brzuszku, jelita były na wierzchu – bandyci zabrali ja razem z dobytkiem, prawdopodobnie nie wiedząc, że znajduje się na wozie. W lesie było pomordowanych kilkanaście osób, przeważnie poderżnięte gardła, poprzykrywane gałęziami. Doszliśmy na miejsce: widok okropny, wieś częściowo spalona, bardzo dużo pomordowanych w najokropniejszy sposób, kobiety w pozycjach, które wskazywały, że gwałcono je przed zamordowaniem. Widziałem mężczyznę z rozrąbaną głową na dwie części, z której pies wyjadał zawartość, widziałem młodego chłopca z odciętą głową od strony karku, trzymała się tułowia na nie odciętym gardle. Widziałem dziecko 2-, 3-letnie na wznak, przybite widłami do ziemi, widziałem mężczyznę w sile wieku, który na skutek ran przy konaniu wygryzł z własnej ręki powyżej łokcia ciało aż do kości (usta zapchane ciałem). Petronela Popławska, około 70 lat – obcięte piersi, poderżnięte gardło; widziałem dzieci – głębokie rany na stopach, rozbite głowy. Dużo ludzi spalonych razem z budynkami, brat mojego ojca jeszcze żył (wkrótce skonał), rodzina jego wymordowana. Nie wszystko widziałem – wieś była rozległa, nie udało się wszystkich przykryć ziemią, brak było łopat, wszystko zrabowane. W tym czasie nie wiedziałem, że w nocy z 25 na 26 sierpnia 1943 r. stracę całą rodzinę: zostali żywcem spaleni w Mizoczu (Jan Filarowski; w: Siemaszko....., s. 1243)

wtorek, 7 maja 2019

Dzieci pomordowane przez Ukraińców we wsi Katarzynówka.

KATARZYNÓWKA, pow. Łuck, woj. łuckie. 7/8 maja 1943 Na planie troje dzieci: dwóch synków Piotra Mękali i Anieli z Gwiazdowskich - Janusz (1- szy z lewej) z połamanymi kończynami i Marek
 ( z prawej) zakłuty bagnetami, a w środku leży córeczka Stanisława Stefaniaka i Marii z Bojarczuków - Stasia z rozprutym i otwartym brzuszkiem i wnętrznościami na zewnątrz oraz połamanymi kończynami. Zbrodnia dokonana przez OUN-UPA - ukraińskich ,, bohaterów "!
Żądamy od rządu zmiany polityki względem Ukrainy i nacisków na ekshumacje oraz godne pochówki dla rodaków!

English ⬇️
KATARZYNÓWKA, county: Łuck, province: Łuckie.
7/8 May 1943 On the photo three children: two sons Piotr Mękala and Aniela from Gwiazdowski family -Janusz (first from the left) with broken limbs and Marek (right), stabbed with bayonets, and in the middle there is a daughter of Stanisław Stefaniak and Maria from Bojarczuków - Stasia with a ripped and open stomach, intestines outside and broken limbs. Crime carried out by OUN-UPA - Ukrainian "heroes" !!!
They call this polish children genocide as "liberation fight!"
We demand a change in the government's policy towards Ukraine and a tough stance on the exhumation and dignified burials for our compatriots!


wtorek, 16 kwietnia 2019

17 kwietnia 1945 r Ukraińcy z UPA dokonali napadu na wieś Wiązownica w powiecie jarosławskim w dawnym województwie lwowskim.


17 kwietnia 1945 o świcie ok 5 rano (gdy warty samoobrony opuściły stanowiska), ukraińskie oddziały UPA  o nazwie "Mściciele" pod dowództwem Iwana Szpontaka "Zalizniaka", wspomagani przez oddziały samoobrony ukraińskiej "Rama", "Wowk" i "Chwyla", zaatakowały wieś od strony Sanu, gdzie był folwark, oraz od strony lasu. Przez półtorej godziny mieszkańcy nie stawiali większego oporu, członkowie UPA mogli bezkarnie działać, podpalali zabudowania oraz mordowali napotkanych mieszkańców. Ukraińscy cywile rabowali majątek mieszkańców wsi i podpalali już ogołocone domy. Mienie było ładowane na wozy, wyprowadzano zwierzeta gospodarskie (konie, krowy). 
 Polacy zaczęli organizować obronę. Pierwszy ruszył miejscowy proboszcz ks. Józef Miś. Razem z kilkoma mieszkańcami i trzema milicjantami, udało się im dotrzeć na posterunek milicji. Stamtąd wzięli broń i amunicję. Do walki dołączył pluton Ludowego Wojska Polskiego stacjonujący w folwarku. Do obrony przystępowali kolejni mieszkańcy. M.in. miejscowy nauczyciel Józef Ochęduszko, który razem z ks. Misiem kierowali obroną. Dzięki temu udało się obronić środkową i górną część Wiązownicy oraz odeprzeć atak. Wkrótce zaczęła docierać pomoc z sąsiednich miejscowości, samoobrona z Szówska. 
Ponadto na pomoc obrońcom przybył oddział NSZ „Radwana” z Piwody. Kontratakującym udało się odebrać UPA zabrane mienie oraz uderzyć na jej obóz, gdzie zabito 5 przeciwników. Walki trwały 5 godzin.
Oddziały Wojska Polskiego i Milicji Obywatelskiej z Jarosławia przybyły do Wiązownicy już po wyparciu UPA. 
Liczba zabitych w Wiązownicy oceniana jest na ok. 130 do 140 osób. Znanych z nazwiska jest 110 cywilów i czterech żołnierzy Wojska Polskiego. Była to największa jednorazowa zbrodnia na terenie dzisiejszej Polski, dokonana przez UPA.
Pomimo tak wielkiej tragedii, przez kilkadziesiąt lat ofiary nie doczekały się pomnika, czy choćby tablicy pamiątkowej. Władza ludowa uhonorowała jedynie milicjantów i członków bezpieki poległych w tym okresie, w tym w Wiązownicy w dniu napadu UPA.
Udało się to zmienić dzięki powstaniu Społecznego Komitetu Budowy Tablicy, 
dopiero po prawie 70 latach doczekali się pamiątkowej tablicy.

Na ścianie frontowej kościoła w Wiązownicy odsłonięto tablicę pamiątkową. W ceremonii odsłonięcia 6 października 2013 uczestniczyło kilkaset osób. Uroczystej mszy św. przewodniczył bp Stanisław Jamrozek.

Zdj. Tablica Pomnika ofiar zbrodni dokonanej na obywatelach polskich przez OUN-UPA wymieniająca Wiązownicę.

poniedziałek, 1 kwietnia 2019

W nocy z 31 marca na 1 kwiernia 1944 r. Ukraińcy dokonali mordu na Polakach we wsi Dołha Wojniłowska.


W nocy z 31 marca na 1 kwiernia 1944 r. we wsi Dołha Wojniłowska - Ziemianka pow. Kałusz Ukraińcy upowcy zamordowali co najmniej 95 Polaków, w tym na plebani spalili 38 Polaków (kilka rodzin) razem z ks. Błażejem Czubą (Jastrzębski..., s. 157 – 158, stanisławowskie). „Już od drugiej połowy 1943 r. mieszkańcy naszej wsi czuli się zagrożeni ze strony Ukraińców – banderowców. W obawie o życie nikt nie nocował w domu. Ukrywano się na noc w różnych kryjówkach, w zaroślach i w lesie. Wracano do swoich domostw dopiero podczas dnia. Zdarzało się, że niektórzy mieszkańcy zostawali okradzione domostwa i zagrody. Wszyscy jednak cieszyli się, że przeżyli noc i zachowali swe życie. Taki ciągły strach i ukrywanie się trwało do początku kwietnia 1944 r. Aż stało się to czego każdy się spodziewał, ale w głębi duszy liczył na boski cud, że może do tego nie dojdzie. W nocy z 1 na 2 kwietnia 1944 r., a była to palmowa niedziela 1944 r., liczna banda UPA otoczyła kościół i plebanie oraz większość polskich zagród. Podpalili je, oblewając naftą lub benzyną, a kto próbował uciekać do tego strzelano z karabinów. Tak zginęły w płomieniach ognia lub zastrzelone podczas próby ucieczki: cała rodzina Borcy – 6 osób; Kilar Maria z sześciorgiem małych dzieci, Kopeć Marcin z żoną i szóstką małych dzieci, Kata Franciszek z całą rodziną, Lebioda z całą rodziną, Magierecki Bolesław z żoną Anną, Wiącek z całą rodziną – 8 osób oraz Katarzyna Lebioda, sparaliżowana po porodzie, z małą córeczką. Jej i małej córeczki śmierć była szczególnie okrutna. Leżała w łóżku, nie miała żadnych szans na ucieczkę. Oprawcy obcięli jej piersi i ręce, wyrwali wnętrzności i powiesili na płocie. Po napadzie nie było komu pochować pomordowanych. Ci, którzy ocaleli bali się zbliżać do swoich domostw. Zwłoki pomordowanych pozostały w miejscach śmierci, rozciągnięte przez dzikie ptactwo i psy. Wszystkie polskie domy zostały spalone, a ślady po nich zrównane z ziemią. Dziś, po 50 latach od tych tragicznych wydarzeń, w tych miejscach stoją nowe domy pobudowane przez Ukraińców. Po pomordowanych nie ma żadnego śladu, żadnego grobu czy krzyża w miejscu pogrzebania. Nawet stary cmentarz został starty z powierzchni ziemi. Coś wewnątrz nas krzyczy i podpowiada: Przecież świat nie wie o tym co się stało w nocy z 1 na 2 kwietnia 1944 r. we wsi Dołha Wojniłowska? Boże! Czy sprawiedliwość Twoja dosięgnie tych morderców?” (Bolesław Kulbiola, Józef Kulbiola i Maria Magierecka; w: Siekierka..., s. 203 – 204; stanisławowskie). „Ojciec mój, Józef Urbaniak, urodzony 20.04.1905 r w Rawie Ruskiej, syn Anny i Adama Urbaniaków, po zawarciu związku małżeńskiego w dniu 8.07.1936 r z moją matką Anielą zamieszkał w miejscowości Ziemianka (Dołha Wojniłowska) pow. Kałusz. Z wypowiedzi mojej nieżyjącej już matki wynika, że na początku kwietnia (1 - 4?) 1944r w wieczornych godzinach, widząc z oddali palący się kościół w Ziemiance, którego proboszczem był ks. Błażej Czuba, ojciec mój udał się tam chcąc zobaczyć co tam się dzieje. Do domu już nie powrócił. Z wypowiedzi świadków tego wydarzenia wynikało, że kościół ten wraz ze zgromadzonymi tam Polakami i proboszczem został podpalony przez bandę UPA i tam też najprawdopodobniej został pochwycony i zamordowany mój ojciec. Ja w tym czasie miałem 4 lata i w pamięci mej pozostały tylko mgliste wspomnienia” (Adam Urbaniak, w: www.stankiewicze.com/ludobojstwo.pl). Sz. Siekierka i inni..., na s. 146 – 147 wymieniają 3 napady na wieś: 27 marca, nocą z 31 marca na 1 kwietnia oraz nocą z 4 na 5 kwietnia 1944 roku; wśród zamordowanych wymieniają Józefa Urbaniaka. Nie wiadomo, czy ktoś spłonął razem z drewnianym kościołem, ciała ofiar zapełniły studnie lub zostały rozwłóczone przez psy.
Tablica Pomnika ofiar zbrodni dokonanej na obywatelach polskich przez OUN-UPA wymieniająca Dołhą Wojniłowską (Ziemiankę).

W nocy z 1 na 2 kwietnia 1944 r. we wsi Pomorzany pow. Zborów banderowcy ukraińscy i chłopi ukraińscy z okolicznych wsi obrabowali i spalili wieś oraz zamordowali około 70 Polaków.


W nocy z 1 na 2 kwietnia 1944 r. we wsi Pomorzany pow. Zborów banderowcy ukraińscy i chłopi ukraińscy z okolicznych wsi obrabowali i spalili wieś oraz zamordowali około 70 Polaków i 2 Żydówki a 1 ranny Polak zmarł w maju.
„Mordowano często w okrutny sposób, potem dokonywano rabunku, zabierano wszystko: konie, bydło, sprzęty, narzędzia, ubrania, produkty żywnościowe. Rzeczy pakowano nie tylko na wozy zamordowanych, ale napastnicy mieli też własne wozy. Ostatnia czynnością było spalenie budynków. /.../ Starano się wszystkie zwłoki spalić, toteż mordów dokonywano w budynkach, które nadawały się do spalenia. Jeśli dom był murowany, to ofiary zapędzano do obory lub stodoły. /.../ Justyna Niesłuchowska, lat 18, córka Michała i Waleria Niesłuchowska, lat 15, córka Michała – zamordowane w stodole w okrutny sposób. Nożami rozpruto im brzuchy. Mimo prób podpalenia stodoła nie spłonęła. Niesłuchowski, lat 5, syn Antoniego. Ciała nie znaleziono. Prawdopodobnie szczątki pozostały pod gruzami. Tekla Niesłuchowska, lat 50, żona Józefa, Karolina Niesłuchowska, lat 27, córka Józefa, dwoje dzieci Karoliny w wieku od 1 roku do 3 lat, Katarzyna Niesłuchowska, lat 27, córka Józefa bliźniaczka Karoliny, Józef Niesłuchowski, lat 34, prawdopodobnie bronił się łopatą, z którą znaleziono go w piwnicy. Katarzyna Niesłuchowska, lat 32, żona Józefa, zabita w czasie ucieczki. Wyrwano jej złote zęby. Ojciec Katarzyny, który mieszkał w sąsiedniej wsi. Sześć dziewczynek Niesłuchowskich w wieku od czterech do czternastu lat. Zwłoki były porozrzucane po podwórzu i ogrodzie. /.../ Niemcy byli na miejscu zbrodni dopiero w dzień. Robili zdjęcia, wypytywali o sprawców. Ludzie bali się cokolwiek powiedzieć. Rozpoznano np. Sadija z przysiółka Parcelany, który dał sygnał do rozpoczęcia napadu. Był także przedstawiciel ukraińskiej władzy cywilnej z Pomorzan. Robił spis zamordowanych. Uwzględniając fakt współdziałania tej władzy z ukraińskim podziemiem, można założyć, że był on także wykorzystany do sprawozdawczości OUN. Ludzie słyszeli, jak on tłumaczył Niemcom, że napadów dokonują partyzanci sowieccy, chociaż nietrudno było ustalić, że cały pochód, po napadzie, skierował się do pobliskiej ukraińskiej wsi Żabin. Wersja o mordowaniu Polaków przez partyzantów sowieckich wcale nie była oryginalna. Już kilka miesięcy wcześniej sam metropolita grekokatolicki we Lwowie, Andrzej Szeptycki pisał do lwowskiego arcybiskupa rzymskokatolickiego, Bolesława Twardowskiego w liście z 15 listopada 1943 roku, że mordów dokonują partyzanci sowieccy i bandy żydowskie. Opis wydarzeń oparłem na relacji kilku osób w podeszłym wieku. Byłem zaskoczony prośbą niektórych o nie podawanie ich nazwisk. Zrozumiałem, że się boją, widząc coraz większe wpływy i zuchwalstwa szowinistów ukraińskich w Polsce. Kto się tymi sprawami bliżej interesuje widzi, że jest to rezultat działalności wielu polityków polskich, którzy uznali szowinistów ukraińskich za reprezentantów całej społeczności ukraińskiej w Polsce i za ambasadorów dobrych stosunków Polski z Ukrainą” (Jan Selwa; w: Komański..., s. 953 – 956).
27 czerwca 2010 na zbiorowej mogile postawiono pomnik („Kurier Galicyjski” z 16 – 28 lipca 2010).
Fot. Grupa samoobrony wsi. Pomorzany.
Kościół pw. św. Trójcy z połowy XVIII w. w Pomorzanach. Od 1991 r. ponownie jest świątynią rzymskokatolicką. Obok kościoła znajduje się dzwonnica z dzwonem ufundowanym przez króla Jana III Sobieskiego z przetopionych dział tureckich zdobytych w bitwie pod Chocimiem.

niedziela, 31 marca 2019

W nocy z 31 marca na 1 kwietnia 1944 r. we wsi Obrowiec pow. Hrubieszów Ukraińcy z UPA razem z UNS, zamordowali ponad 40 Polaków

Fot. Z prawej Stanisława Nazar z Obrowca, zamordowana w nocy 1 kwietnia 1944 r.

W nocy z 31 marca na 1 kwietnia 1944 r. we wsi Obrowiec pow. Hrubieszów Ukraińcy z UPA razem z UNS ze wsi Brodzica i Podhorce obrabowali i spalili gospodarstwa polskie oraz zamordowali ponad 40 Polaków „W nocy z 31 marca na 1 kwietnia 1944 r. około godz. 1 na Obrowiec (wieś położona w odl. 5 km od Hrubieszowa) napadła silna banda OUN-UPA i SKW. Część napastników ubrana była w mundury wojskowe Wehrmachtu, część była w mundurach policji ukraińskiej, a część po cywilnemu. Różnie też byli uzbrojeni: w broń palną, siekiery, widły, noże, drągi, bagnety itp. Bandyci ukraińscy nadeszli do wsi od strony lasu leopoldowskiego. Następnie rozdzielono się na mniejsze grupy. Jedna z grup szczelnie otoczyła wieś i strzelała do Polaków, którzy próbowali uciekać ze wsi. […] Swoje "mołojeckie dzieło" "ryzuni" jak zwykle rozpoczęli od ograbienia wszystkich domostw. Bandyci wpadali do domów i zagród, wszystkich napotkanych Polaków zabijali bez pardonu na miejscu. Do uciekających strzelano jak do kaczek i urządzano za nimi pogoń po okolicznych polach niczym charty za zającami...! Po ograbieniu zagród budynki spalono. Jak podaje Józef Lipski, we wsi rozegrała się apokalipsa śmierci: "Kiedy większość budynków stanęła w płomieniach, widok był przerażający. Dookoła słychać było przeraźliwe krzyki, jęki konających i mordowanych ludzi. Płacz, lament kobiet i dzieci bezskutecznie wołających o litość, której ludobójcy nie okazywali. Ryk, rżenie i wycie palących się zwierząt, wszystko to wywoływało paniczny strach." Ukraińcy zamordowali wtedy ponad 40 osób. Wieś uległa prawie całkowitemu spaleniu. Ocalało tylko 6 murowanych budynków, nakrytych blachą lub dachówką ognioodporną. W napadzie na Obrowiec udział wzięli Ukraińcy z pobliskich wiosek Brodzicy, Podhorzec i Werbkowic oraz policjanci z Moniatycz.” (Henryk Smalej "Zbrodnie ukraińskie na terenie gminy Moniatycze pow. Hrubieszów w l. 1939-1944" ; Józef Lipski "Na rubieży"; za: http://zielonezacisze.blox.pl/2012/02/Ziemie-hrubieszowskie-pod-znakiem-OUN-UPA.html ).


1 kwietnia 1944 r. we wsi Poturzyn pow. Tomaszów Lubelski esesmani ukraińscy z SS „Galizien – Hałyczyna” oraz sotnia UPA Iwana Sycza – Sajenko „Jahody” obrabowali i spalili wieś oraz zamordowali 162 Polaków.

Mogiła wojenna zamordowanych przez nacjonalistów ukraińskich w Poturzynie. 

Antypolskie nastawienie wśród Ukraińców nasiliło się z chwilą nastania okupacji. Już w listopadzie 1939 roku koło szkoły w Poturzynie  (gm. Telatyn, pow. Tomaszów Lubelski, woj. Lublin) Ukraińcy zorganizowali manifestacją, podczas której wykrzykiwali antypolskie hasła. Potem Poturzyn był kontrolowany przez nacjonalistów ukraińskich. W szkole mieścił się posterunek policji ukraińskiej oraz skład amunicji. Od jesieni 1943 roku coraz częściej odnotowywano napady na ludność polską, które potwierdzały wieści o nadchodzącej z Wołynia fali okrutnej zbrodni na Polakach. Ewakuację ludności z Poturzyna i Nowosiółek zarządzono na dzień 17 marca 1944 r. Po uzyskaniu tej informacji, przekazanej przez wywiad AK, Polacy zostawiali swe domostwa oraz dobytek całego życia i uciekali w zachodnie rejony powiatu. Z różnych przyczyn - wielu mieszkańców Poturzyna musiało pozostać w swych domach. Większość z nich spotkał okrutny los. 23 marca 1944 r. zamordowanych zostało (według różnych źródeł) od 35 do 50 mieszkańców. 
Drugie wejście ukraińskich bandytów do Poturzyna było tragiczniejsze w skutkach niż pierwsze...
1 kwietnia 1944 r. esesmani ukraińscy z SS „Galizien – Hałyczyna” oraz sotnia UPA Iwana Sycza – Sajenko „Jahody” obrabowali i spalili wieś oraz zamordowali 162 Polaków, głównie uciekinierów z innych miejscowości z terenu gmin dołhobyczowskiej, kryłowskiej. Atak nastąpił we wczesnych godzinach rannych, otoczono wieś by nikt nie mógł jej opuścić. Ludność została zastrzelona w czasie snu. W okrutny, wyrafinowany sposób zabijano bezbronne dzieci, kobiety i starców. Po tej bestialskiej zbrodni wieś opustoszała z ludności cywilnej. Do nadejścia frontu wschodniego wieś opanowana była przez nacjonalistów ukraińskich. Linia obrony zorganizowana przez partyzantów polskich przechodziła 8 km na południowy zachód.

Grozę tego dnia przedstawia w swej relacji naoczny świadek Maria Radwańska : „Upowcy sprawdzali dokumenty i kazali mówić ukraiński pacierz. Gdy trafili na polską rodzinę, wszystkich zabijali na miejscu. Nie oszczędzali ani starców, ani dzieci, ani chorych. Tylko niewielu naszym, wśród nich właśnie mnie, 16-letniej dziewczynie, udało się uciec i ukryć. Ludzie na kolanach prosili o litość. Na darmo. Strzelano do nich, kłuto widłami, zabijano siekierami. W tym dniu oprawcy z UPA zabili też moją matkę i dwie kuzynki. Gdy dokonali już mordu, podpalili polskie domy, dwór i aptekę” . Tamten okres dobrze pamiętała Regina Boguszewska, która przed Ukraińcami uciekła do podtomaszowskiej Chorążanki. Opisała te koszmarne wydarzenia następująco: „W sobotę przed Niedzielą Palmową we wsi rozległ się ogromny krzyk. Słychać było strzały, w kilku miejscach pokazały się języki ognia. Wybiegliśmy na pobliskie wzgórze. Zdawało się, że palą się Chodywańce. Silni i młodzi ludzie ratowali się ucieczką. Najbezpieczniej było uciekać w stronę Jarczowa. Ci, którzy skierowali się do lasu, w stronę kolonii Chodywańce, wpadli w ręce Ukraińców. Między schwytanymi był ksiądz z naszej parafii Jakub Jachuła. Padło wówczas 36 osób schwytanych przez Ukraińców. Ustawiono ich nad wcześniej wykopanym przez miejscowych Ukraińców dołem i zastrzelono. Straszną śmierć zgotowali Ukraińcy naszemu księdzu. Najpierw wlekli go do lasu, po drodze znęcając się nad nim. Później wesoło się bawiąc, przystąpili do wymierzania męczeńskiej śmierci księdzu. Po kawałku obcinali mu uszy i ręce. Na koniec, zemdlonego przerżnęli piłą, obserwując, jak wychodzą z księdza jelita. W tych ciężkich cierpieniach konał. Później jego zwłoki odkopała rodzina i zabrała. Gdzie był zagrzebany, wskazała pewna ruska kobieta, którą Ukraińcy zabrali do swego obozu jako kucharkę. Z jej też opowiadania dowiedziałam się, jak Ukraińcy żałowali, że nie mogli sobie zrobić podobnego widowiska z nauczycielki. Ta im umknęła. Po wojnie ja i kilka osób z Chodywaniec byliśmy wzywani do parafii w Tomaszowie Lubelskim. Tam opowiadaliśmy o męczeńskiej śmierci księdza. Długo czekaliśmy, że może ksiądz będzie kanonizowany. Do końca został wśród swoich owieczek i to on spośród nich poniósł najbardziej okrutną i męczeńską śmierć”. (Marian Adam Stawecki: „.Rajd śmierci pod Tomaszowem Lubelskim”; "Tygodnik Tomaszowski" nr 12 z 20 marca 2012 r. ; za: (przez Telatyn)”. (http://www.poturzyn.pl/index.php?q=okupacja ). http://www.tygodniktomaszowski.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=304%3Ahistoria-rajd-mierci&catid=5%3Ahistoria&Itemid=7 ;14.04.2012).
http://www.zamosconline.pl/text.php?id=12079&rodz=zapo&tt=poturzyn-uczcil-pomordowanych-mieszkancow-

sobota, 30 marca 2019

31 marca 1944 - Oddział Ukraińców z UPA zamordował powyżej 76 polskich mieszkańców wsi Ostrów.


Przed wojną Ostrów liczył około 2000 mieszkańców, z czego prawie 80% Polaków. Podczas okupacji niemieckiej, po eskalacji mordów ukraińskich nacjonalistów na przełomie 1943/1944 w Ostrowie powstała polska samoobrona. Organizatorami samoobrony byli ks. Stanisław Wolanin, dyrektor szkoły Władysław Kossowski oraz Wacław Hartman. Wyznaczono 10 domów – punktów obserwacyjnych, w których nocne warty pełnili wyznaczeni mężczyźni. Ludność spała w ubraniach, by w razie napadu móc bez zwłoki ratować się ucieczką. Jako miejsce schronienia ludności i obrony ustalono murowane budynki szkoły i kościoła. Niektóre rodziny wyjechały w obawie o życie na zachód. Jednocześnie do Ostrowa przeprowadzali się Polacy z miejscowości uznawanych za bardziej zagrożone.

UPA, planując atak na Ostrów, ostrzegła ukraińskich mieszkańców wsi, by mogli ją wcześniej opuścić
Według świadectw zgromadzonych przez Stowarzyszenie Upamiętniania Ofiar Zbrodni Ukraińskich Nacjonalistów pierwsza i największa z serii mordów w Ostrowie miała miejsce 31 marca 1944 r. Tuż po północy wysunięte warty polskiej samoobrony zauważyły podejrzane ruchy na obrzeżach wsi, a także usłyszały hurkot wozów. Nie wszczęto jednak alarmu. Dopiero około godziny 4 nad ranem z trzech stron rozpoczął się atak banderowców . Polscy wartownicy opuścili posterunki, alarmując ludność. Część Polaków zdołała schronić się w szkole i kościele. Niektórzy kryli się w piwnicach i różnych kryjówkach. Grupa osób schroniła się w budynku stacji kolejowej, licząc na ochronę załogi niemieckiej. Niemcy jednak poddali się Ukraińcom, którzy ich oszczędzili, natomiast Polaków rozstrzelano.
Ostrzał amunicją zapalającą wzniecił pożary dachów krytych strzechą. Nie napotykając oporu napastnicy przeszukiwali i palili pozostałe polskie zabudowania. Wykrytych Polaków mordowano. Domy ukraińskie pozostawiano nietknięte. Część ofiar spaliła się żywcem bądź udusiła w płonących domach.

Atak na kościół i szkołę został przypuszczony dopiero około godziny 8. Polacy, zabarykadowawszy się, odpierali ataki UPA przy pomocy posiadanej broni palnej i granatów. Obawiając się, że gdy obrońcom skończy się amunicja, dojdzie do rzezi zgromadzonych w kościele, ks. Wolanin udzielał zbiorowego rozgrzeszenia i rozdawał hostię. Spanikowani ludzie szukali ukrycia w różnych miejscach wewnątrz kościoła.

Około godz. 9 na odgłos strzelaniny do Ostrowa z Krystynopola przybył oddział niemiecki, wobec czego banderowcy wycofali się w kierunku wsi Parchacz. Innym powodem odwrotu Ukraińców było śmiertelne zranienie w walce „Hałajdy” (zmarł 1 kwietnia). Niemcy ostrzelali z moździerza wycofujące się przez Głuchów oddziały UPA, zabijając dwóch i raniąc siedmiu upowców oraz wzniecając pożar we wsi. Zdaniem Mariusza Zajączkowskiego powołującego się na dokument UPA, polska samoobrona wzięła Niemców za oddział UPA i ostrzelała go, w wyniku czego Niemcy przykryli ogniem moździerzowym także kościół. Następnie Niemcy mieli rozbroić i aresztować polskich mężczyzn – członków samoobrony. Zajączkowski nie wyklucza, że występująca w źródłach najwyższa liczba zabitych Polaków – około 300 – mogła wynikać z rozstrzelania przez Niemców aresztowanych uzbrojonych Polaków. Faktu rozstrzeliwania Polaków w Ostrowie nie potwierdzają wspomnienia świadków opublikowane przez Siekierkę, Komańskiego i Bulzackiego. Według nich Niemcy odstąpili od represji pod wpływem negocjacji ks. Wolanina.
Z zapisków zachował się opis ;
  „Roman Steciuk nie znalazł swojej żony z dwójką dzieci. Okazało się, że udało się jej uciec z okrążonego Ostrowa, ale pod Głuchowem wpadła w ręce innych banderowców, którzy zakłuli bagnetami jej dzieci. Ją samą błagającą o litość i życie dzieci, oprawcy zatłukli kolbami karabinów. Roman sądził, że żona ukryła się w Żabczu, gdzie mieli krewnych. Poszedł jej tam szukać. Niestety, spotkała go tam śmierć. Zatrzymany przez banderowców został uduszony drutem” (Adolf Kondracki; w: Siekierka..., s. 1061; lwowskie).
Dla ocalonych z rzezi Niemcy podstawili platformy kolejowe, które wywiozły ich do Jarosławia, Przeworska i do dalszych stacji.

Według świadków w trakcie tego napadu zamordowano 76 osób; według sprawozdania RGO około 100; spalono 300 gospodarstw. G. Motyka, który datuje napad na 28 marca, uważa, że sprawcą zbrodni był kureń „Hałajda”. Autor ten określa liczbę ofiar na od kilkunastu do 300. Według Andrzeja L. Sowy wieś zaatakowały 3 sotnie UPA, w tym sotnia „Tyhry” (co zostało odnotowane w kronice tego oddziału).

Miesiąc po tej zbrodni, w dniach 27-29 kwietnia 1944 r. banderowcy zamordowali 17 Polaków, głównie w podeszłym wieku, którzy nie opuścili Ostrowa. Zabito ich w pobliżu rzeki Sołokija, a zwłoki zakopano w miejscu zwanym „Zamczysko”. Mniejsze napady, w których mordowano po kilka osób, trwały aż do marca 1946 r. Zginęło w nich w sumie 20 osób. Razem z dwoma największymi mordami w 1944 r. daje to łączną liczbę 113 ofiar narodowości polskiej zamordowanych w Ostrowie przez ukraińskich nacjonalistów.

Po zakończeniu II wojny światowej Ostrów pozostawał w granicach Polski do 1951 r. Mieszkańcy zniszczonej wsi powrócili do niej, próbując ją odbudować. Jednak w 1951 r. na mocy postanowień umowy o korekcie granicy polsko-sowieckiej Ostrów znalazł się na terytorium ZSRR, a Polacy zostali przesiedleni w obecne granice Polski.
Zdj. Tablica upamiętniająca, wymieniająca wieś Ostrów.

W nocy z 30 na 31 marca 1944 r. Ukraińcy wymordowali około 102 polskich mieszkańców wsi Szeszory.


W nocy z 30 na 31 marca 1944 r. we wsi Szeszory pow. Kosów Huculski Ukraińcy banderowcy zamordowali co najmniej 102 Polaków, w tym 36 z nich spłonęło żywcem w podpalonym kościółku.
Tablica Pomnika ofiar zbrodni dokonanej na obywatelach polskich przez Ukraińców OUN-UPA wymieniająca Szeszory.

„Polacy mieszkali w większości w pobliżu zamku, kościoła pw. Matki Boskiej Ostrobramskiej oraz drogi do Pistynia , a Rusini mieszkali w większości w pobliżu cerkwi. Przed II wojną światową w Szeszorach mieszkało około 450 Polaków, co stanowiło jedną czwartą ludności wsi.
Od 1943 roku pod wpływem propagandy nacjonalistów ukraińskich rusińska i ukraińska większość zaczęła odnosić się wrogo do Polaków.
Wieczorem 30 marca 1944 roku Banderowcy OUN - b , zwerbowani wśród miejscowych Rusinów spotkali się na naradzie w cerkwi, gdzie oprawcy uzgodnili kto z nich których Polaków będzie mordował. Sygnałem do rozpoczęcia mordów było podpalenie kościoła rzymskokatolickiego w Szeszorach.  Rusini wyszli z cerkwi (ok. 2 km w górę Pistynki od kościółka) z poświęconymi przez miejscowych księży greckokatolickich narzędziami zbrodni i przeszli pod kościółek. Po podpaleniu kościółka rozeszli się po polskiej części wsi, zaczęły się mordy na Polakach i palenie ich domostw, które trwały od 23-ciej wieczorem do ok. piątej nad ranem. Nie oszczędzono nikogo, ani kilkumiesięcznych niemowląt ani kilkuletnich dzieci, ani ciężarnych kobiet mordując tak, aby zadać jak najwięcej bólu, w tym paląc żywcem powiązanych Polaków. Nie oszczędzono również rodzin mieszanych. Rusini mordowali głównie widłami, siekierami i bagnetami, bo na bezbronnych Polaków, starców, kobiety i dzieci szkoda im było pocisków. Polacy nawet nie próbowali stawiać oporu, jedynie usiłowali uciekać. Nikt nie przypuszczał, że będą mordować kobiety i dzieci, dlatego ich zginęło najwięcej, bo nie były w stanie uciekać w mroźną i śnieżną marcową noc - nie dowierzano w barbarzyństwo rusińskich sąsiadów, liczono na to, że kobiety i dzieci nie będą zabijane. Spalono prawie wszystkie polskie domy wiele z mieszkańcami wewnątrz. W jedną noc społeczność ponad 450 hucułów polskiego pochodzenia przestała istnieć. Zamordowano co najmniej 102 Polaków, ci którzy ocaleli zostali zmuszeni do ucieczki”
Szeszory należą do 11 miejscowości województwa stanisławowskiego, w których zabito 100 lub więcej Polaków.
 
https://pl.m.wikipedia.org/wiki/Zbrodnia_w_Szeszorach
(za: http://www.szeszory.3-2-1.pl/31_marca_1944.htm )